wtorek, 18 listopada 2014

Złamana ręka



Około półtora roku temu, idąc po zamarzniętym błocie pośniegowym przewróciłam się i złamałam sobie lewą rękę. Upadłam z takim impetem, że cały lewy bok miałam poobijany a ręka była w opłakanym stanie. Było to otwarte złamanie w nadgarstku z przemieszczeniem kości. Tego samego dnia miałam operację i po nocy spędzonej w szpitalu wróciłam do domu z ręką w gipsie. Początkowo byłam w szoku, że zwykły upadek spowodował takie bolesne skutki. Oczywiście tłumaczyłam sobie, że inni mają gorzej – w szpitalu poznałam taką panią, która złamała nogę podczas odśnieżania posesji. A wiadomo moja złamana ręka przy jej kontuzji to pikuś. Upłynęło trochę czasu zanim ochłonęłam. Pomogły mi w tym liczne zajęcia domowe i fakt że musiałam przystosować się do nowej sytuacji,  by nie obciążać męża moją chwilową niedyspozycją. Pierwsze czego się nauczyłam to samoobsług. Niektóre rzeczy były proste, inne wymagały nieco więcej sprytu. Opanowanie umiejętności gotowania też nie było trudne, bo mogłam sobie pomagać ręką w gipsie z wyjątkiem odlewania ziemniaków i innych czynności wymagających obciążenia chorej ręki. Po paru dniach postanowiłam spróbować jak mi będzie szło sprzątanie jedną ręką przy niewielkiej pomocy ręki w gipsie. Takie czynności jak wycieranie kurzy z szafek, składanie ubrań, mycie szafek z zewnątrz, mycie parapetów, luster, polerowanie armatury, czy wymiana ręczników były banalnie proste. Ale z odkurzaniem dywanów, zmywaniem podług, zmywaniem naczyń miałam większy problem. Musiałam sobie pomagać chorą ręką co powodowało silny ból w miejscu złamania, gdzie były włożone druty stabilizujące. Niektóre obowiązki wolałam oddać mężowi. Było to rozwieszanie prania, czyszczenie elementów oświetlenia, zdejmowanie zasłon w celu ich wyprania i ich zawieszanie. W końcu mąż też lubi brać udział w domowych obowiązkach. W taki oto sposób ten trudny dla mnie czas minął niepostrzeżenie i po sześciu tygodniach ręka była jak nowa.