Około półtora roku temu, idąc po zamarzniętym błocie
pośniegowym przewróciłam się i złamałam sobie lewą rękę. Upadłam z takim
impetem, że cały lewy bok miałam poobijany a ręka była w opłakanym stanie. Było
to otwarte złamanie w nadgarstku z przemieszczeniem kości. Tego samego dnia miałam
operację i po nocy spędzonej w szpitalu wróciłam do domu z ręką w gipsie.
Początkowo byłam w szoku, że zwykły upadek spowodował takie bolesne skutki.
Oczywiście tłumaczyłam sobie, że inni mają gorzej – w szpitalu poznałam taką
panią, która złamała nogę podczas odśnieżania posesji. A wiadomo moja złamana
ręka przy jej kontuzji to pikuś. Upłynęło trochę czasu zanim ochłonęłam.
Pomogły mi w tym liczne zajęcia domowe i fakt że musiałam przystosować się do
nowej sytuacji, by nie obciążać męża moją
chwilową niedyspozycją. Pierwsze czego się nauczyłam to samoobsług. Niektóre
rzeczy były proste, inne wymagały nieco więcej sprytu. Opanowanie umiejętności
gotowania też nie było trudne, bo mogłam sobie pomagać ręką w gipsie z wyjątkiem
odlewania ziemniaków i innych czynności wymagających obciążenia chorej ręki. Po
paru dniach postanowiłam spróbować jak mi będzie szło sprzątanie jedną ręką
przy niewielkiej pomocy ręki w gipsie. Takie czynności jak wycieranie kurzy z
szafek, składanie ubrań, mycie szafek z zewnątrz, mycie parapetów, luster,
polerowanie armatury, czy wymiana ręczników były banalnie proste. Ale z odkurzaniem dywanów, zmywaniem podług, zmywaniem naczyń
miałam większy problem. Musiałam sobie pomagać chorą ręką co powodowało silny
ból w miejscu złamania, gdzie były włożone druty stabilizujące. Niektóre
obowiązki wolałam oddać mężowi. Było to rozwieszanie prania, czyszczenie
elementów oświetlenia, zdejmowanie zasłon w celu ich wyprania i ich
zawieszanie. W końcu mąż też lubi brać udział w domowych obowiązkach. W taki
oto sposób ten trudny dla mnie czas minął niepostrzeżenie i po sześciu
tygodniach ręka była jak nowa.