Siedząc sama w domu w piątkowy
wieczór, postanowiłam zadzwonić do mojego dobrego przyjaciela. Ze względu na to, że dawno się nie widzieliśmy myślałam, że uda mi się
wyciągnąć go na lampkę czerwonego wina. W słuchawce usłyszałam bardzo zasmucony
głos, który nie brzmiał ani trochę entuzjastycznie. Wiedziałam, że coś się
stało bo nigdy taki nie był. Bez chwili zastanowienia zapytałam - co się dzieje
Łukasz?! – głos jego drżał, ale wymamrotał, że w nocy zabrali go do szpitala.
Okazało się, że miał pęknięty wyrostek. Chciałam się zbierać i już do niego
jechać, ale było już za późno na odwiedziny. Powiedziałam, że jutro rano
przyjadę. Kiedy tylko się obudziłam, w szybkim tempie zebrałam się do Łukasza.
Przed wejściem na oddział, salowa poprosiła mnie o założenie obuwia ochronnego
na buty. Zastosowałam się do polecenia i od razu pobiegłam do sali, na której
leżał Łukasz. Kiedy weszłam on spał, pomyślałam, że nie będę go budziła.
Siedziałam tak przy nim i przyglądałam się sterylnym warunkom, które tu panują.
Parę minut po ósmej przyszła salowa z całym zestawem do sprzątania. Zaczęła od dezynfekowania umywalki, później przetarła wilgotną ściereczką lustro.
Następnie każdą szafkę przy łóżku wytarła z uleżałego kurzu – była to niewielka
ilość. Wszystko robiła wolno i sumiennie. Kolejną rzeczą było odkurzanie
podłogi. Był to taki cichy odkurzacz, że nie obudził śpiącego Łukasza. Każdy
kąt i fragment podłogi pod łóżkiem był skrupulatnie wyczyszczony. Ostatnim etapem
było umycie podłogi. Mop z bardzo szeroką powierzchnią do czyszczenia, dosięgał
niemalże wszędzie i bez najmniejszego problemu. Po jakimś kwadransie porządków
salowa, przeszła do kolejnej sali aby dokończyć swoje obowiązki. W międzyczasie
Łukasz zaczął otwierać oczy, uśmiechając się na mój widok. Był już po operacji,
wracał powoli do zdrowia. Wstępnie umówiliśmy się za tydzień na spotkanie.