wtorek, 4 listopada 2014

Nie lubię sprzątać!

Większość osób sprzątania nie lubi, ten temat prowokuje lawinę narzekań. Jako dziecko konsekwentnie odmawiałem pomocy w sprzątaniu, bo uważałem, że właściwie to jest czysto, a mama przesadza. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem fleją ani brudasem. W moim zlewie rzadko znajdziecie kilka brudnych talerzy. Kilka razy w roku wymiatam kurze zza kanapy i robię generalne porządki. Ale zawsze, gdy mam do wyboru coś ciekawszego, to sprzątanie schodzi na dalszy plan. Nie jest priorytetem, bo nie ma w nim nic odkrywczego ani przygodowego. Sprzątanie i przygoda... chyba trudniej wymyślić odleglejsze pojęcia. Bez żalu i wyrzutów sumienia zostawiam za sobą zachlapane lustro, wychodząc do pracy. Z drugiej strony jednak akceptuję syzyfowe zajęcia, takie jak zmywanie i odkurzanie podłogi albo wieszanie prania. Przy takich czynnościach można sobie spokojnie pomyśleć albo posłuchać muzyki. Na koniec pracy pojawia się jednak satysfakcja, typowa dla fizycznych robót. Ciągle się zastanawiam co z tym sprzątaniem jest nie tak. Czy nie ma jakiegoś złotego środka? Ja go ciągle szukam ale absolutnie nie dążę do perfekcji, natomiast nawyk małych kroków przynosi oczekiwany skutek. Gdzieś kiedyś przeczytałem o takim tricku, że mając wolną dosłownie chwilę, warto od ręki posprzątać w miejscu, w którym właśnie jesteśmy (drobiazgi: opróżnić kosz na śmieci, umyć lub wstawić brudne naczynia do zmywarki, przetrzeć lustro lub wytrzeć kurz z mebli). Skuteczny patent, polecam. Ale najlepsza jest chyba akceptacja tego, że świat nie jest idealny, i gdy odkurzamy w jednym kącie, to w drugim już zbiera się nowy kurz.