Większość
osób sprzątania nie lubi, ten temat prowokuje lawinę narzekań. Jako dziecko
konsekwentnie odmawiałem pomocy w sprzątaniu, bo uważałem, że właściwie to jest
czysto, a mama przesadza. Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem fleją ani
brudasem. W moim zlewie rzadko znajdziecie kilka brudnych talerzy. Kilka razy w
roku wymiatam kurze zza kanapy i robię generalne porządki. Ale zawsze, gdy mam
do wyboru coś ciekawszego, to sprzątanie schodzi na dalszy plan. Nie jest
priorytetem, bo nie ma w nim nic odkrywczego ani przygodowego. Sprzątanie i
przygoda... chyba trudniej wymyślić odleglejsze pojęcia. Bez żalu i wyrzutów
sumienia zostawiam za sobą zachlapane lustro, wychodząc do pracy. Z drugiej
strony jednak akceptuję syzyfowe zajęcia, takie jak zmywanie i odkurzanie
podłogi albo wieszanie prania. Przy takich czynnościach można sobie spokojnie
pomyśleć albo posłuchać muzyki. Na koniec pracy pojawia się jednak satysfakcja,
typowa dla fizycznych robót. Ciągle się zastanawiam co z tym sprzątaniem jest
nie tak. Czy nie ma jakiegoś złotego środka? Ja go ciągle szukam ale absolutnie
nie dążę do perfekcji, natomiast nawyk małych kroków przynosi oczekiwany skutek.
Gdzieś kiedyś przeczytałem o takim tricku, że mając wolną dosłownie chwilę,
warto od ręki posprzątać w miejscu, w którym właśnie jesteśmy (drobiazgi: opróżnić
kosz na śmieci, umyć lub wstawić brudne naczynia do zmywarki, przetrzeć lustro
lub wytrzeć kurz z mebli). Skuteczny patent, polecam. Ale najlepsza jest chyba
akceptacja tego, że świat nie jest idealny, i gdy odkurzamy w jednym kącie, to
w drugim już zbiera się nowy kurz.