Czas szybko
biegnie, a przed nami święta - cudowny czas, spędzany w gronie rodzinnym, ale
też i czas szalony. Szalony pod kilkoma względami – zakupów, wypieków, no i sprzątania.
Wreszcie trzeba za nie się zabrać. Nie wiem dlaczego, ale większość ludzi
których znam robi wielkie sprzątanie zawsze przed samymi świętami, tak jakby
cały rok nigdy tego nie robili. A ja, żeby później nie robić wszystkiego na
ostatni dzień, podzieliłam ten czas na pewne etapy. Pierwszy etap to mycie
okien. No i właśnie teraz się do tego zabrałam. Wiaderko wody z octem,
ściereczka, odpowiedni płyn, i ja na parapecie... brrr… nie jest to moje ulubione
zajęcie, ptaszkiem nie jestem i trochę się boję. Jednak szybko pościągałam
firanki i zasłonki i namoczyłam je w środkach piorących. Mycie okien musiałam zacząć
wcześnie rano, ponieważ później świeci słońce i robią się tzw. „mazaje”. Najpierw
wycieram kurze i ściągam pajęczyny z karniszy i okolic okien. Zawsze zaczynam od
mycia ram okiennych, a potem szyby wodą z octem. Następnie spryskuję płynem do
mycia szyb i wycieram je do sucha gazetami - te kolorowe się nie nadają - lub
papierowymi ręcznikami. Wiem, że są inne sposoby czyszczenia okien, ale jakoś
nie mogę się do nich przekonać. Wolę, i chyba są skuteczniejsze, te stare „babcine”
metody. Mam do umycia cztery duże i dwa małe okna, i trwa to około dwóch
godzin. W międzyczasie nastawiam firanki do prania w pralce, potem odkurzam
kwiaty spryskując je obficie wodą. Po umyciu okien, wycieram kurze ze
wszystkich powierzchni parapetów wewnętrznych i zewnętrznych oraz zabieram się
za odkurzanie kaloryferów. Parapety poleruje specjalnym preparatem. Firany
wieszam lekko wilgotne, wtedy nie trzeba ich prasować. Ufff…, mogę teraz trochę
odetchnąć. Ale to dopiero początek mojego szalonego sprzątania, bo przede mną
jeszcze następne etapy czyszczenia wycierania i odkurzania. Dzisiaj jeszcze
odkurzę podłogi, a jutro, „…o mocy przybywaj!…” kolejny etap moich przygotowań przedświątecznych...